Underdog. Eryk Lubos: Może gdybym nie zaprosił wtedy trenera do teatru, skończyłbym jako pięściarz? [ROZMOWA]

- Kiedyś zagrałem 26 spektakli w miesiącu i zarobiłem grosze. Za główną rolę czasami zgarniałem 54 zł. Graliśmy tuż przed świętami i dostałem 108 zł. Co za to kupisz pod choinkę? Paczka pampersów kosztowała tyle co teraz, czyli 53 złote - mówi Sport.pl Eryk Lubos. Już 11 stycznia premierę w kinach będzie miał film "Underdog", w którym Lubos wciela się w rolę zawodnika MMA.

Antoni Partum: Pamiętasz kiedy ostatni raz się biłeś, mam na myśli tak na poważnie?

Eryk Lubos: W podstawówce. Nie lubię jednak wyrażenia ”bicie się”, bo jest pejoratywne. Sztuki walki to sport. A sport to coś piekielnie pozytywnego. I dlatego od 22 lat trenuję boks. Treningi pozwalają mi się wyżyć i nie zwariować w tym świecie. Po każdym treningu wydziela nam się endorfina, a wtedy czujemy się dobrze. Proste i piękne.

Dlaczego akurat boks?

- Klasyczna historia ludzi z mojego pokolenia. W kinach grano filmy z Bruce'em Lee, a dla dzieciaków wówczas to było pierwsze zetknięcie z kulturą sportów walki. Wtedy to się zaczęło. Oprócz grania na perkusji, to właśnie sporty walki były moją największą pasją. No i nie zapominajmy, że w Polsce Ludowej sport na amatorskim poziomie miał się dobrze. Istniały ligi bokserskie, których rozgrywki co tydzień mogły śledzić całe rodziny. Elektryzowało to lokalną społeczność, dziś sport amatorski umiera. Przynajmniej jeśli chodzi o boks.

Czyli nie miałeś problemu, aby wcielić się w zawodnika MMA w filmie „Underdog”?

- Raczej nie. No, może z parterem był problem, bo w stójce czuję się pewnie. KSW jednak pilnowało, aby profesjonalne to wyglądało. Gówna by nie pokazali. Więc na tyle, na ile czterdziestolatek może ogarnąć walkę w parterze, to ogarnąłem. Chciałbym szczególnie podziękować Karolowi Kossakowi z KSW Fight Gym, który umożliwił mi treningi.

KSW daje szansę aktorom i muzykom, aby sprawdzili się w MMA i organizuje tzw. freak fighty. Przyjąłbyś ofertę walki?

- Szczerze? To chyba mam wystarczającą ilość adrenaliny w życiu. Gdybym miał luźne dwa tygodnie to bym się jarał. A ja cały czas pracuję. Boję się, że po przyjęciu takiej oferty zajechałbym się psychicznie. Musiałbym wszystko inne porzucić i w pełni skoncentrować się na przygotowaniach do walki. Nie da się tego robić z doskoku. I przede wszystkim nie powinno się. Bo wchodząc do klatki ryzykujesz zdrowie, a nawet życie. Są zawodnicy, którzy pracują na kopalni i zawodowo walczą [np. Robert Talarek], ale to są wyjątki. W moim wieku trudniej się też zaczyna, bo ciało się wolniej regeneruje. Do tego dochodzi specjalistyczna dieta i wymagające treningi. A dziewięć treningów w tygodniu, to naprawdę ciężki orzech do zgryzienia.

Nie zadebiutujesz w MMA?

- To byłoby nie lada wyzwanie. Nigdy nie mów nigdy, ale szanse są minimalne. Przygotowując się do "Underdoga", czasem trenowałem osiem razy w tygodniu. Po ostatnich zajęciach marzyłem już tylko o łóżku. I by z niego nie wychodzić przez co najmniej dwa dni.

Kondycyjnie dałbyś radę?

- Mam pewną bazę kondycyjną i technikę bokserską, bo pracowałem z wybitnymi trenerami, takimi jak: Zygmunt Gosiewski, Leszek Strasburger, Andrzej Gmitruk i Krzysztof Kossedowski.

Ale dla mnie sport to wciąż po prostu rodzaj relaksu i sposób na odreagowanie rzeczywistości. A nie coś, co ma mnie spiąć na pół roku, bez możliwości myślenia o czymś innym. Kiedyś profesor Jarecki mówił studentom "bawcie się", odpowiadałem: "czym?" A on na to: "Jak to czym? Wszystkim.". Nie wiem czy bawienie się na starość w MMA, faktycznie byłoby zabawą.

Wcześniej pracowałeś z wieloma reżyserami. Jak pracowało się z Maciejem Kawulskim (współwłaściciel KSW), dla którego był to debiut reżyserski?

- Kawul ma wspaniałą cechę. Jest decyzyjny. I zawsze robi to ze stu procentowym przekonaniem. Poza tym jest precyzyjny, co ułatwia współpracę. Film Underdog jest oczywiście wpisany w pewną gatunkowość. Kanon artystyczny, który wyznaczyły filmy z serii "Rocky". Nie jest to kino Ingmara Bergmana. Nie ma tu żadnej wielkiej głębi artystycznej. W "Underdogu" uderza prawda i siła emocji. A siła tkwi w prostocie.

Jakim aktorem jest Mamed Chalidow, legenda europejskiego MMA?

- Świetnie sobie poradził ze swoją rolą. Ale trudno się dziwić, bo to prostolinijny i szczery gość. Jak ktoś jest szczery, to łatwiej się z nim komunikuje. Tym bardziej, że poruszał się w swoim naturalnym środowisku, czyli świecie sportów walki.

W filmie stoczycie pojedynek?

- Takich rzeczy nie mogę zdradzić. Chalidow gra postać Denima Takaeva, który jest mistrzem MMA, ma pieniądze i sławę, ale odrzuca wszystkie propozycje walk, bo chce mierzyć się tylko ze mną, czyli Borysem "Kosą" Kosińskim. Zawodnikiem, który ma akurat duże kłopoty w życiu prywatnym, i ledwo wiąże koniec z końcem.

Ty chyba też w przeszłości miałeś pod górkę?

- Jestem chłopakiem ze Śląska, więc nigdy nie bałem się fizycznej pracy. W młodości żeby utrzymać się w teatrze i odciążyć finansowo moich rodziców wyjeżdżałem za granicę do pracy. Pracowałem na taśmie produkcyjnej w Niemczech i Holandii. Tam mogłem coś zarobić. Sezon w teatrze trwał tylko od września do lutego, później jechało się na saksy.

Ile zarabiałeś na aktorstwie?

- W Teatrze Współczesnym we Wrocławiu zagrałem 26 spektakli w miesiącu i zarobiłem grosze. Pamiętam, że grałem Billy`ego w "Kalece z Inishmaan". Za główną rolę stawka wynosiła 90 złotych brutto, czyli na rękę zgarniałem 54 zł. Graliśmy to tuż przed świętami i dostałem 108 zł. Co za to kupisz pod choinkę? Paczka pampersów kosztowała tyle co teraz, czyli 53 złote. Za dwie główne role zgarnąłem dwie paczki pampersów.

Od kiedy dobrze zarabiasz?

- Trudno podać jedną, konkretną datę. Od 2004 roku jest coraz lepiej, wtedy zadebiutowałem u Szumowskiej w "Solidarność, Solidarność". W tym czasie grałem też w serialu "Oficer". Od 2005 roku występowałem już w warszawskim Teatrze Rozmaitości, gdzie proponowano lepsze stawki.  W ostatnich latach grałem też w wielu ciekawych artystycznie i dobrze płatnych produkcjach. Żyję dobrze, ale nie mam potrzeby, by jeździć Ferrari czy innym Maserati. Nie chodzę też w garniturach od Armaniego.

Zastanawiałeś się dlaczego tak często grasz postacie o rysie psychopatycznym?

- Nie wiem, wołają mnie do takich ról, to je biorę. Wypadków samochodowych nie miałem, nigdy nikogo nie pobiłem, nic nie ukradłem, a i nawet w więzieniu nie siedziałem. Chyba po prostu dobrze się umiem wcielić w takie postacie.

Podobno podczas egzaminów na studia w Krakowie nie spodobałeś się komisji egzaminacyjnej.

- Anna Polony powiedziała, że jestem dziwny i mnie oblała.

Opowiesz coś więcej o tym zdarzeniu?

- W procesie rekrutacyjnym profesorom pomagają studenci. I jeden z nich potajemnie pokazał mi moją kartę egzaminacyjną, wypełnianą przez komisję. I Pani Polony odrzuciła moją kandydaturę i w rubryce napisała: "miewa dziwne stany psychiczne". Ale faktycznie mogłem wydać się im dziwny. W trakcie egzaminu trzymałem ręce w kieszeniach. Nagle profesor z komisji spytał się mnie: "Czy wyciąga pan czasem ręce z kieszeni?", ja mu odpowiedziałem: "Tak. Ale tylko wtedy, gdy sikam". Udawałem wyluzowanego, ale w środku byłem spięty. Na szczęście nie wszyscy mnie skreślili.

Kto był przekonany do twojego aktorstwa?

- Śmieję się, że Zygmunt Gosiewski nie tylko był moim trenerem od boksu, ale dawał mi również cenne życiowe wskazówki. Byłem bliski dołączenia do zespołu bokserskiego Gwardia Wrocław, ale zaprosiłem trenera Gosiewskiego do teatru i zobaczył mnie w "Historii Jakuba". W tym spektaklu, w reżyserii Piotra Cieplaka, miałem bardzo długi monolog z "Księgi Eklezjasty". Po sztuce trener podszedł do mnie i kazał skończyć z boksem. Powiedział, że mogę trenować, ale nie mogę mieć już sparingów i walk. Nie chciał, żebym łapał kontuzje. Wolał, abym w pełni skupił się na aktorstwie. Może gdybym nie zaprosił go wtedy do teatru, to skończyłbym jako pięściarz?